Ona jest dla mnie zbyt młoda i ja jestem dla niej zbyt młody (L’ami de mon amie- 1987)

l-ami-de-mon-amie-10Jest sierpień roku 1987. Eric Rohmer kończy produkcję najnowszego filmu, Przyjaciela mojej przyjaciółki (L’Ami de mon amie). Kończy nie tylko ten pojedynczy obraz, ale też cały cykl- tym razem to Komedie i przysłowia, drugi w karierze francuskiego reżysera. Za pierwszy (Sześć opowieści moralnych) zdobył laury (m.in. Złota Palma w Cannes), ale też zaistniał i ugruntował swoją pozycję w kinie europejskim i świadomości widza na całym świecie. Niemal dokładnie rok wcześniej, na festiwalu w Wenecji, odbywającym się na przełomie sierpnia i września, zgarnął Złotego  Lwa za Zielony promień. Czy udało mu się domknąć swój cykl efektowną klamrą w postaci kolejnej nagrody?

To się okaże. Pod koniec wpisu ; )

Rohmer rozpoczyna swój film bez zbędnego „certolenia”. Od razu pokazuje piątkę ludzi zajętych swoimi obowiązkami, wraz z adekwatnymi napisami- imieniem i nazwiskiem aktorki/aktora oraz jej/jego ekranowego aliasa. Mało tego, ustawia je w określonym porządku- od postaci najważniejszych do najmniej istotnych. A kolejność jest następująca: Blanche, Lea, Alexandre, Fabien i Adrienne. Po krótkiej prezentacji, która sprawia wrażenie didaskaliów na pierwszej stronie tekstu teatralnego, Rohmer prezentuje przysłowie- punkt wyjścia tego filmu. „Przyjaciele moich przyjaciół są moimi przyjaciółmi.” A dalej jest już czysty film. I czysta przyjemność.

Obie dziewczyny odgrywające główne role w dramacie poznajemy w momencie, gdy… one same się poznają. A ma to miejsce w pewnej stołówce. Blanche (Emmanuelle Chalet) to dwudziestokilkuletnia pracownica ratusza, nowa w mieście. Lea (Sophie Renoir) to 22-letnia studentka szkoły informatycznej. Jak sama mówi, jej beztroskie dni się kończą, już za miesiąc będzie absolwentką, a potem już tylko wakacje i obowiązki. Wraz z przesileniem letnim zbliża się okres przesilenia w życiu uczuciowym bohaterek.

Blanche to nieśmiała dziewczyna, która po przeprowadzce na obrzeża Paryża nie zdołała się z nikim zaprzyjaźnić. Gdy spotyka pewną siebie, seksowną Leę, szybko oddaje się pod jej wpływ i dziewczyny zaczynają ze sobą spędzać dużo czasu. Choćby na basenie, gdzie Lea przedstawia Blanche niejakiego Alexandre’a- lokalnego bawidamka, dobrze sytuowanego inżyniera po trzydziestce. Nieszczęsna zauracza się w atrakcyjnym mężczyźnie od „pierwszego wejrzenia”. Od tego momentu Blanche będzie uwikłana w niejasne towarzyskie mechanizmy między piątką bohaterów.

A dzieje się między nimi sporo, bo:

L'Ami de mon Amie– Lea nie jest zadowolona ze swojego związku z Fabienem, uważa go za egocentryka. Oczekuje od niego afektowanej postawy. Postanawia wyjechać na krótki wypad z nowo poznanym mężczyzną, żeby zobaczyć, czy chce zerwać z Fabienem.

– Blanche puszcza sygnały do Alexandre’a, który, choć nie szczędzi jej kurtuazji, to jest to kurtuazja zimna, zdystansowana. Biedna nie chce tego zauważyć.

– Fabien dochodzi do podobnego  wniosku co jego połowica- on też powoli ma jej dość.

– Gdy Lea wyjeżdża zdradzać Fabiena i zastanawiać się nad swoją do niego miłością, ten coraz więcej czasu spędza z Blanche. I, o zgrozo, obaj zauważają, że mają ze sobą więcej wspólnego niż ze swoimi połówkami.

Istny galimatias. Życie owej piątki koncentruje się wewnątrz Cergy-Pontoise. To modernistyczny (po)twór, narośl na obrzeżach Paryża. Niektóre plenery przypominają powojenny Rzym znany z neorealistycznych filmów, na przykład Rosselliniego, niektóre z kolei amerykańskie pawilony handlowe, niektóre pewnie jeszcze coś. Ale najmniej to wszystko przypomina Paryż. I choć widać stąd niekiedy wieżę Eiffela, to jednak już coś zupełnie innego. To nie ta sama Francja i jej stolica, co w Sześciu Opowieściach Moralnych, to nie ci sami Francuzi i nie te same rozmowy. Ci młodzi ludzie nie mówią o ideach, mówią tylko o sobie i swoim życiu uczuciowym. Wydaje się, na początku, że związek traktują jako swoisty must-have każdego młodego Francuza i Francuzki. Każdy musi w jakimś być, nawet jeśli w nieudanym. Dobierają się na zasadzie przypadku lub widzimisię. Taka Blanche doskonale musi zdawać sobie sprawę z tego, że zupełnie nie pasuje do Alexandre’a (który jest pod dużym L'Ami de mon Amie 2wrażeniem Lei, z wzajemnością), mimo to wzdycha do niego cały czas. Z kolei jego chwilowo-dziewczyna, Adrienne wali jawnym tekstem- jest z Alexandrem na przekór swojemu otoczeniu (studenci szkoły artystycznej), dla którego przystojny inżynier jest zaprzeczeniem i czymś na kształt środkowego palca. O Fabienie i Lei, którzy nie pałają do siebie wielkimi uczuciami, a mimo to są ze sobą, już wspomniałem. Są więc ci Francuzi tacy na początku, ale przez ciągłe rozmowy, analizy swojego wnętrza i pewne wydarzenia, otwierają oczy na swoje prawdziwe potrzeby, swoje prawdziwe natury. Pytanie, czy będą mieli odwagę zerwać obowiązujące status quo i czy dwie przyjaciółki zdecydują się wzajemnie zdradzić w imię samych siebie i swojego szczęścia?

Przyjaciel mojej przyjaciółki to film będący na podobnym poziomie co jego starszy brat- Zielony promień. To też film, który pokazuje jak bardzo zmieniły się nie tylko czasy, ale przede wszystkim ludzie na przestrzeni dwóch dekad dzielących oba cykle. I przede wszystkim, być może, jest to film, który pokazuje klasę Rohmera. Wychwycił on bowiem zmiany zachodzące w społeczeństwie francuskim z typową dla siebie klasą, nie zmienił jednak swojego stylu- to nadal ten sam starszy jegomość, tym bardziej dla swoich bohaterów rozumiejący, im bardziej przenikliwy. Nadal kręci w manierze, która teoretycznie mogłaby przypominać późniejszą Dogmę ’95. Tylko, że u Rohmera nie ma tej duńskiej surowizny, jest za to jakoś, no nie wiem, ciepło. Niby naturalistycznie, a jednak ciepło. Uwielbiam monsieur Erica i lubię ten film, m.in. za to w jaki sposób wiatr owiewa twarze bohaterom. Bohaterowie niby nie ci sami, za których pokochałem filmy francuskiego twórcy, ale kto wie?- może jak dojdą do ładu ze swoim życiem uczuciowym, to zaczną rozmawiać o wielkich ideach?

Reklamy

Wygrać choć raz (zapowiedź filmu Next Goal Wins)

The_poster_for_the_film_Next_Goal_WinsJuż niedługo, bo 9 maja na ekrany kin w Wielkiej Brytanii wejdzie film, który zapowiada się nad wyraz ciekawie. To Next goal wins, dokument brytyjskiej produkcji o reprezentacji Amerykańskiego Samoa w piłce nożnej. Dlaczego zapowiada się ciekawie?

Z kilku względów. Po pierwsze, podejście do tematu. Trudno się tutaj spodziewać klasycznej opowieści o drużynie złożonej z przeciętnych graczy, którzy dzięki ciężkiej pracy, sile woli, poświęceniu i braterstwu wspinają się na sam szczyt.  Nic z tego. Drużyna z wyspy leżącej na Oceanie Spokojnym została uznana za najgorszą reprezentację świata, po tym jak w 2001 roku przegrała z Australią, uwaga, 31-0. Nadmienię tylko, że Australia do światowych potęg się nie zalicza.  A więc, miast marzyć o najwyższych celach, Samoańczycy muszą się skupić, żeby przegrywać jak najmniejszą ilością goli.

Ludzie będący bohaterami tej opowieści, również stanowią nie lada smaczek w całej historii. Holenderski trener, Thomas Rongen, który całą prawie karierę spędził w USA nagle postanawia poprowadzić największe łamagi na świecie co najmniej do serii niehańbiących porażek. Pytanie: co mu strzeliło do łba? Pikanterii dodaje fakt, że wszystko co robi, dedykuje swojej córce, która zginęła w wypadku samochodowym w wieku 18 lat.

Albo Jaiyah Saelua- przedstawiciel(ka) samoańskiej trzeciej płci- Fa’alafine. To pierwszy na świecie tego typu zawodnik na międzynarodowym poziomie rozgrywek.

I pewnie wiele, wiele innych. Ja wyczekuję tego obrazu ze sporą nadzieją, że będzie to rzecz stojąca niejako w opozycji do trendów panujących we współczesnych filmach sportowych i w ogóle- w życiu. Bo przegrywać też trzeba umieć. I z nadzieją, że będzie można ten film jakoś w Polsce zobaczyć. Tak czy inaczej, czekam z niecierpliwością.